Nice movie: The hundred-foot journey

2/09/2015 Angelika Dąbek 0 Comments















Mam ostatnio kręćka na punkcie gastro- filmów. Nie wiem, czy się cieszyć, czy nie, bo po każdym seansie mam ochotę na połowę jedzenia prosto z ekranu, ale temat jedzenia w filmach to zazwyczaj takie wrażenia wizualne, że warto (chociaż lodówka na tym cierpi). Dzisiaj mój faworyt sprzed kilku dni. "Podróż na sto stóp" to historia o rodzinie, tolerancji, miłości i jedzeniu, ah... jedzeniu.
Film przedstawia losy rodziny zmuszonej do opuszczenia rodzinnego Bombaju. I o ile w Wielkiej Brytanii nie znajdują szczęścia, o tyle przejeżdżając przez miasteczko na południu Francji głowa rodziny stwierdza, że to jest to. Nowi mieszkańcy wzbudzają wiele emocji wśród lokalnej społeczności, głównie z powodu rosnącego konfliktu pomiędzy najstarszym z rodu, a Madame Mallory - właścicielką restauracji serwującej wykwintną, stonowaną i tradycyjną kuchnię francuską, uhonorowaną gwiazdką Michelina. Dla równie dystyngowanej starszej kobiety kolejna gwiazdka dla restauracji to sens życia, dlatego w jej kuchni pracę znajdują jedynie najlepsi, a szans na przeżycie nie ma nawet lekko zwiędły szparag. Rodzina Hindusów wprowadza się naprzeciwko i otwiera knajpkę z hinduskim jedzeniem - nieokrzesanie sąsiadów oburza restauratorkę.

Tematem przewodnim filmu jest zderzenie się tych dwóch światów oraz ukazanie, jak różne może być podejście do gotowania. Poza pięknymi zdjęciami plenerowymi urzeka pasja bohaterów: Hassan spędza całe noce na czytaniu książek kulinarnych, próżno tu także czekać na scenę zakupów w zwyczajnym sklepie - bohaterowie walczą (dosłownie) o składniki na lokalnym targu lub uprawiają je samodzielnie. Marguerite i młody bohater potrafią przegadać o jedzeniu całe popołudnie, a jeszcze im mało. Zazdroszczę bohaterom tej jasnej i klarownej drogi życiowej, którą obierają - będę gotował, ponieważ to kocham. To takie proste, a jednocześnie trochę naiwne. Przecież bolączką wielu młodych ludzi jest niezdecydowanie, brak perspektyw i wyobrażenia o tym, co mogłoby ich w życiu uszczęśliwić. Ja sama należę do tego pokolenia - sama nie wiem, co chciałabym robić w życiu i sama mam wielu znajomych, którzy tego nie wiedzą. Nie przyznajemy się do tego, bo jesteśmy młodzi, ale boimy się przyszłości. O ile w mojej ostatniej recenzji "Szefa" Carl przeżywał mały kryzys, w tym akurat filmie wszystko toczy się gładko, jak w bajce. Madame Mallory odkrywa prawdziwy talent Hassana, co staje się początkiem drogi chłopaka na sam szczyt. Jedyną szczyptą goryczy w scenariuszu okazuje się właśnie kariera bohatera - paradoksalnie praca w jednej z najlepszych restauracji Paryża nie uszczęśliwia go, tak, jakby się tego spodziewał.


Reżyserem filmu jest Lasse Hallstrom, autor "Czekolady" oraz "Co gryzie Gilberta Grape'a". To już chyba znak rozpoznawczy tego człowieka - proste i naiwne bajki dla dorosłych (może poza tym Gilbertem - tutaj szczęście i stabilizacja kosztowały bohaterów wiele gorzkich przeżyć), słodkie jak czekolada, ciepłe i rodzinne. Jego najbardziej znane produkcje charakteryzuje także bezbłędny dobór aktorów. To w "Co gryzie..." młodziutki diCaprio tak zagrał upośledzonego, że wszyscy na premierze filmu byli zaskoczeniu faktem, że to tak naprawdę normalny chłopiec. W tym samym filmie, a później w "Czekoladzie" świetnie zagrał także Johnny Depp, natomiast "Połów szczęścia w Jemenie" to sympatyczny duet Evan McGregor+Emily Blunt. W "Podróży..." zachwyca Helen Mirren, a Om Puri i Manish Dayal tworzą zgrany team ojca i syna.
Klimat i urodę filmu tworzą (poza pięknymi krajobrazami Francji) miejsca: ciemne i artystycznie zagracone mieszkanie Marguerite, barwna i pełna światełek "hacjenda" rodziny Hassana i oddający pełnię przeciwieństwa klasyczny dworek Madame Mallory. Za scenografię odpowiada David Gropman. Marie Laure Valla oraz Seema Kashyap stworzyły piękne wnętrza.















Dobrą robotę wykonał także Pierre Yves Gayraud, odpowiedzialny na kostiumy. Zakochałam się w stylu Madame Mallory - klasycznym i minimalistycznym, ale nie nudnym - i Marguerite - wciąż mam sentyment do dziewczęcych sukienek, które kiedyś stanowiły 80% mojej szafy.

Gdybym miała opisać "Podróż na sto stóp" zapachem, byłby to na pewno aromat kardamonu i szafranu, z lekką nutą curry. Gdyby miały to być kolory, pewnie byłaby to arystokratyczna biel przeciwstawna do ciepłego pomarańczu, ognistej czerwieni i intensywnego błękitu. A gdybym miała określić ten film kilkoma słowami? Jasny, pozytywny, zabawny, wzruszający, barwny, przepyszny. Warto? Warto. Idealny seans na zimowy wieczór.
















































zdj. Pinterest, IMDB

0 komentarze :

ARCHIWUM