TV SERIES. MY ADDICTION.

8/31/2014 Angelika Dąbek 0 Comments



Wczoraj po krótkiej wizycie u babci (objedzona jabłecznikiem) zobaczyłam ostatnie dwa odcinki Breaking Bad. Pewnie wielu ma tak, że z dobrym serialem jest jak z dobrą książką - kiedy już przebrniemy przez całość czujemy się jak dzieci we mgle, wciąż żyjemy historią bohaterów, chociaż wiemy, że już koniec i finito -  nic już więcej się nie stanie, bo to ostatni odcinek był. Przychodzi wieczór i pytamy sami siebie: jak żyć?

Na razie nadrabiam obejrzenie kilku...nastu zaległych filmów, za które nigdy nie miałam czasu się zabrać (no bo następny odcinek), ale dalej przeżywam zakończenie wybitnego, moim zdaniem, serialu o nauczycielu chemii, Walterze White, który dowiadując się, że ma raka, stwierdza, że gotowanie metamfetaminy to świetny sposób na zarobienie pieniędzy zapewniających dostatnie życie bliskim po jego śmierci. Partneruje mu jego były uczeń, Jesse Pinkman, narkoman, który nawet (a może przede wszystkim) w prognozę pogody potrafiłby wpleść jakieś zgrabne "bitch". Problem jest taki, że szwagrem Walta jest jeden z lepszych agentów DEA, specjalizującej się w, uwaga, walce z narkotykami... Fabułą nie będę zanudzać, od tego są portale, od tego są recenzje, najlepiej sami zobaczcie. Nieważne, ja mam za sobą miesiąc genialnej rozrywki.

W nocy 25. sierpnia po raz 66. rozdano nagrody EMMY. Wyniki bardzo mnie cieszą, bo najwięcej statuetek zgarnęły moje ulubione seriale: Sherlock siedem, natomiast BB - sześć, za to w ważniejszych kategoriach (aktorzy pierwszo-i drugoplanowi, scenariusz itd.).
Generalnie, albo to ja po prostu zaczęłam oglądać seriale, albo po prostu oglądanie telewizyjnych produkcji stało się modne, nie wiem jak macie wy. Powodem jest może to, że seriale to produkcje coraz lepsze, a rynek ich produkcji rozwija się w ogromnym tempie. Teraz  produkuje się je z rozmachem i na poziomie, a ich budżet często przekracza te filmowe. Twórcy stawiają sobie poprzeczkę coraz wyżej, ponadto technologia idzie naprzód - House of Cards to tak naprawdę produkt big data, serial powstały na bazie obserwacji tego, w co klikamy, gdzie i jak oglądamy seriale, jak reagujemy na dane sytuacje, dialogi i wątki scenariusza. HoC miał być z założenia serialem idealnym, zapewniającym sukces w stu procentach. Nie muszę nikomu mówić, czy te przypuszczenia okazały się prawdziwe.
Fakt, że film zajmie nam dużo mniej czasu, bo maksymalnie trzy godziny (chyba, że jesteśmy fanami Bollywood), ale czy to na pewno zaleta? BB poświęciłam miesiąc swojego czasu, Grę o Tron pochłonęłam w ciągu wiosny (przeszkodą nie była nawet sesja i licencjat, który, żeby nie było, zdałam). Ja na przykład lubię odwlekanie momentu rostania się z ulubionymi bohaterami.

Serial ma czas na narysowanie szczegółowego i dużo głębszego obrazu ludzi i sytuacji, wywrócenie akcji o 180 stopni, poruszenie wielu wątków (dlatego według mnie serialowe adaptacje książek są dużo lepsze niż filmowe, w czym utwierdził mnie wczorajszy seans "Long way down" na podstawie powieści Nicka Hornby'ego). O filmie również można to powiedzieć, chociaż osobiście rzadko zdarza mi się przeżywać jego fabułę specjalnie długo... ostatnią taką produkcją była "Miłość" Michaela Hanekego, której prosty i logiczny obraz uczucia żywionego do kochanej osoby wstrząsnął mną na dobre kilka dni. 

Seriale są trendy. O serialach się rozmawia.  W latach 90' w moim domu królowały "Beverly Hills 90210", "Nieustraszony", "Renegat" i  nieśmiertelna "Moda na sukces". Później były "Kryminalne zagadki Miami" (Horatio...) i House MD (!). Pierwszym serialem ery internetu byli w  "Przyjaciele", a później już poleciało: "Plotkara", "Sherlock" (!!!), "Hannibal", "Gra o tron" i "Breaking Bad". W ogóle dzięki sieci mam okazję obejrzeć kilka odcinków naraz, dzięki czemu mogę poświęcić odcinkom tyle czasu i wtedy, kiedy mogę... To kolejny znak naszych czasów ukazujący, że ludzie mają teraz mniej czasu niż kiedykolwiek i muszą mieć możliwość organizowania sobie czasu, nawet w tak błahej kwestii, jaką jest obejrzenie kolejnego odcinka.  Są takie produkcje, ktore wypada znać, chociażby po to, żeby wiedzieć, o czym rozmawiają znajomi. "Gra o tron" mnie zachwyciła, ale nie ukrywam, że obejrzałam ją po to, aby dowiedzieć się, o co tyle hałasu w mediach. Wielu ludzi, ktorych znam także gadało o tym serialu, więc stwierdziłam "ok, to trzeba zobaczyć". Samo to, że pochłonęłam wszystkie sezony, chociaż nie lubię tego klimatu w książkach czy filmach (wiecie, dawne czasy, damy, rycerze i magia) świadczy o tym, jak dobrze zrobiony jest ten serial (nie, nie czytalam książek, dlatego nie mogę odnieść się do negatywnych ocen ostatniego sezonu).

Dla wszystkich fanów tv series stworzono bardzo ciekawą stronę tiii.me. Można na niej podliczyć czas przeznaczony na oglądanie seriali. To mój wynik:


Zapomniałam o dodaniu "Mad Mena". Razem z nim zaliczyłam ponad 18 dni. Czy mogłabym poświęcić ten czas na coś innego, pożytecznego? Może i tak. Może gdybym była zapalonym sportowcem, na codzienne treningi poświęcałabym długość dwóch odcinków serialu, a nie pół godziny. Jednak jest tak, że lubię ćwiczyć, biegać, jeździć na rowerze, a popkultura to taka pasja, o której lubię i czytać i pisać. Dlatego nie żałuję ani jednej sekundy.
A jaki jest wasz wynik? 

PS.: Jutro Wrocław. Już nie mogę się doczekać na kilka dni odpoczynku. Liczę także na znalezienie kilku fajnych i ciekawych miejsc. I na odpoczynek od codzienności. Przede wszystkim.

0 komentarze :

ARCHIWUM