8/29/2014 Angelika Dąbek 0 Comments



Trochę czasu minęło od powstania pierwszego posta. Mam mnóstwo pomysłów na wpisy, ale koniec końców nie mam czasu na ich napisanie. Pogodzenie pracy w redakcji i kawiarni nie jest takie łatwe.   I niby wieczory mam wolne, ale finalnie poświęcam je na oglądanie Breaking Bad (ten serial miażdży - i zazdrość mnie zżera, że Kasia Gorol z bloga Jestem Kasia w podróż poślubną wybrała się do Albuquerque śladami Jessego Pinkmana i Waltera White'a!)
Akurat w tej chwili moja sytuacja życiowa sprowadza się do tego, że mam urlop. Reakcje rodziny oraz znajomych były różne, od szoku, przez niedowierzanie - tata stwierdził, że pewnie mnie zwolnili, tylko boję się przyznać, koleżanka z pracy zapytała, kiedy miałam tyle wolnego? No właśnie. Ostatni dłuższy okres czasu, bez pracy czy uczelni zaliczyłam w 2012 roku po powrocie z pracy w Hiszpanii. I chociaż brzmi to absurdalnie, to po części sama się do takiego pracoholizmu doprowadziłam. Zawsze było "coś" do załatwienia, na "coś" potrzebne były pieniądze, zawsze "coś" komuś wyskoczyło, więc brało się te kolejne dniówki i pracowało w święta (wie ten, kto działa w gastro).
Ostatnio szczęśliwie zdałam licencjat, mam trochę więcej czasu. Na przemyślenia również. I pytam siebie, po co to wszystko? Przez nałożenie na siebie tysiąca obowiązków nie stałam się bardziej bogata czy szanowana w pracy, nie zaliczyłam spektakularnego awansu. Za to niszczę sobie relacje, zdrowie i życie towarzyskie. Pewnie nie jestem jedynym młodym człowiekiem w tej sytuacji i owszem, lepiej jest mieć pracę, niż jej nie mieć, ale jeżeli nie czuję się najlepiej, a każdy dzień to kolejna porcja stresu, w dodatku za najniższą krajową, to może powinno się coś zmienić? Rozważyć nowe opcje, wyjechać?
Ok, na razie nic nie mówię, bo na ten temat dopiero coś się rodzi w mojej głowie. Teraz cieszę się nicnierobieniem (tak bardzo, że muszę o nim napisać).
Dzisiaj po raz pierwszy od bardzo dawna zaliczyłam kompletnie bezproduktywny dzień. Nieprzyzwoicie długo jadłam śniadanie, posiedziałam z koleżankami w fajnej kawiarni w centrum, przeszperałyśmy kilka lumpeksów (przynajmniej o jednym z nich muszę coś napisać, bo to miejsce warte zapamiętania) i galerię handlową. W domu zjadłam obiad, zrobiłam sobie prasówkę "na luzie", złożoną tylko z ulubionych blogów i portali - żadnych informacji, zero sprawdzania poczty! Ćwiczyłam i biegałam. No i piszę posta - nareszcie!
Żeby było jeszcze piękniej, to jutro jadę na wieś do babci (liczę na jej najlepszy na świecie jabłecznik!), a od poniedziałku Wrocław! Bardzo chciałam zwiedzić jakieś ciekawe polskie miasto. Postaram się tam opanować wrodzoną nieśmiałość i zrobić jak najwięcej zdjęć.

Jeżeli macie propozycje ciekawych miejsc piszcie, polecajcie! Najbardziej zależy mi na adresach kawiarni, pubów i fajnych lumpeksów. To będzie taki barowo-ciuchowy tour.

0 komentarze :

ARCHIWUM