Foto Poznań.

5/02/2015 Angelika Dąbek 0 Comments




















Rogale, BUDMA, splendor, chwała i Jeżycjada – tak mogę podsumować Poznań, który miałam okazję odwiedzić w marcu. Ostatnio w trakcie porządków na laptopie wpadł mi w oko cały folder ze zdjęciami z tamtej wyprawy, stwierdziłam, że czemu nie, warto je wykorzystać.

W Poznaniu pojawiłam się na zaproszenie Izby Architektów Rzeczpospolitej Polskiej. Zostałam nominowana do nagrody Prezesa IARP za artykuł, który swojego czasu napisałam dla częstochowskiego dziennika. Wręczenie nagród miało miejsce w trakcie trwania Międzynarodowych Targów Budownictwa i Architektury BUDMA, które co roku przyciągają wystawców z całego kraju ze względu na ogromną przestrzeń i zainteresowanie inwestorów (także zagranicznych). Dużą część osób obecnych na targach stanowili studenci i wszyscy zainteresowani trendami w architekturze – zapewniła to bogata oferta warsztatów i prelekcji. Szczególnie podobały mi się warsztaty kreowania przestrzeni zapachem prowadzone przez senseliera Martę Siembab oraz wykład Alberta Veigi ze studia Barozzi Veiga, który miał miejsce po wręczeniu nominacji i nagrody głównej. Dla niewtajemniczonych – to jedna z osób odpowiedzialnych za niesamowitą bryłę Filharmonii w Szczecinie i chociaż z tematyką projektowania i architektury mam niewiele wspólnego, przyjemnością było wysłuchać historii prawdziwego pasjonata na temat najlepszych brył autorstwa hiszpańskiego studia.

Ze względu na to, że pomiędzy galą wręczenia nagród Prezesa IARP, a moim pierwszym magisterskim zjazdem studenckim miałam tylko dzień przerwy, zostałam w Poznaniu. Trochę się obawiałam, że sama będę się nudzić, a skończyło się na tym, że zabrakło mi czasu na zobaczenie wszystkiego, co zobaczyć chciałam!  

Na poniższych zdjęciach mała fotorelacja z Międzynarodowych Targów Poznańskich BUDMA. Ogromna impreza z dziesiątkami wystawców i towarzyszącymi całemu wydarzeniu pomniejszymi imprezami. Kilkanaście pawilonów podzielono według rodzaju wystawianych produktów - z daleka trzymałam się od dziwnych maszyn, których nazw nie pamiętam i pewnie nie ogarniam, natomiast podobał mi się "pawilon światła".

















































































W Poznaniu zapewniono mi nocleg w hotelu Mercure przy Roosevelta 20. I do samego dnia podróży motałam się z pytaniem "czemu to Roosevelta wydaje się takie znajome"? Olśniło mnie już w pociągu, a wujek Google upewnił mnie w tym olśnieniu - rodzina Borejków z serii książek "Jeżycjada" Małgorzaty Musierowicz mieszkała w Poznaniu przy Roosevelta 5! Na zaczytywaniu się w tych książkach spędziłam całe gimnazjum, czy mogłam sobie odpuścić zobaczenie kultowej kamienicy? Nie mogłam. Zaraz po śniadaniu porannych warsztatach poszłam pod "piątkę". No i jest. Tutaj rozgrywa się życie Ignacego, Mili i ich córek znane nam z kilkunastoczęściowej serii. I chociaż nie jestem już na bieżąco z nowymi wydawnictwami, to zrobiło się miło i sentymentalnie :)















































Przy okazji dowiedziałam się, że Borejkowie nie mieli wcale tak daleko do centrum (przynajmniej tak mi się zdawało) ;P Chociaż zamiast kierować się prostą drogą z hotelu, koło galerii przy dworcu, uparłam się na przejście Mostem Teatralnym (fani Jeżycjady też z pewnością kojarzą). Po drodze spotkałam poznańskie Sweet Surrender - knajpkę, którą kojarzę z Krakowa.














































Dzięki wycieczce teatralką (i milionie skrętów w dziwne uliczki po drodze) szłam na rynek mniej więcej godzinę. Wolę nie wiedzieć, ile czasu to zajmuje normalnie.

Na poniższych zdjęciach budynki warte zapamiętania po drodze na rynek. Pałac Cesarski, galeria MM i jedyne w swoim rodzaju kolorowe kamienice w sercu miasta. Plus bonus - tory.













































 Zdjęcia typu "Inne, nie podchodzą pod żadną kategorię". Moim zdaniem najciekawsze :)










































































































































































































































Stary Browar. Najładniejsza galeria handlowa, jaką do tej pory widziałam. Chociaż ekspert ze mnie żaden... ale naprawdę, robi wrażenie. 

















































Dla porównania "makabryła", czyli galeria przy dworcu głównym.










































6. Gastro. Czyli to, co najlepsze na deser. Niestety dwa dni w jednym mieście to niewiele czasu na poznanie najlepszych lokali, dodatkowo śniadanie zawsze zjadałam w hotelu. Mimo wszystko udało mi się znaleźć świetne miejsce, do którego na pewno zajrzę przy okazji kolejnej wizyty w Poznaniu. Minister Cafe - piękny lokal, przemiła obsługa, pyszne ciasta i dość dobre panini, które zamówiłam na obiad. Lubię zwracać uwagę na atmosferę pracy w gastro - w przypadku tej knajpki jak na dłoni było widać, że pracownicy dobrze się w niej czują :). 












































Nie mogłam nie kupić rogali marcińskich. To wypiek-tradycja w Poznaniu i okolicach przygotowywany z okazji dnia św. Marcina (11 listopada), jednak ze względu na zainteresowanie turystów można je dostać przez cały rok. Mnie udało się je znaleźć w małym sklepiku z pamiątkami na rynku. Wcześniej jadłam rogale tylko raz (w częstochowskim Consonni). Bardzo chciałam porównać te z częstochowskiej sieci kawiarni z poznańskimi, tradycyjnymi, ale nie dopatrzyłam się wielkich różnic - ciasto półfrancuskie z nadzieniem z białego maku i bakalii razem smakowały genialnie. 




























Koniec. To był mój Poznań (swoją drogą od dłuższego czasu chciałam to miasto zobaczyć). Mnóstwo wrażeń, sporo zwiedzania, spacerów i zdjęć, a wnioski? Wnioski są takie, że to świetne miasto na weekend lub nieco dłuższy wypad - pełne studentów, szybkie, i intensywne, miks pięknej wiekowej architektury z nowoczesnym designem. Chętnie odwiedziłabym je jeszcze raz.

0 komentarze :

ARCHIWUM