Piękny street food - "Rynek smaków" w Katowicach

4/26/2015 Angelika Dąbek 0 Comments



























Piętnaście minut temu wróciłam do domu. Za mną kolejny weekend spędzony w Katowicach. Poza dobrą zabawą miałam okazję na własne oczy zobaczyć „Rynek smaków – pierwszy katowicki zlot food trucków”, który w piątek i sobotę karmił lokalnych (i nie tylko) fanów street gastro.

„Rynek smaków” to impreza powstała z inicjatywy pięciu katowickich food trucków: POżarcia
Natural Born Grillers, Fit-Fat Food Truck, Concrete Jungle Meals oraz Cafe Cool'a działających jako stowarzyszenie SK-Food Truck. I chociaż w Katowicach i na Śląsku miały już miejsce podobne wydarzenia, to „Rynek Smaków” jest pierwszym zlotem, który ma zamiar zostać na stałe wpisanym w kalendarz miasta eventem cyklicznym. Czy tak się rzeczywiście stanie? Co tu dużo mówić, mam nadzieję, że tak.
Na rynku pojawiłam się w sobotę ok. 13.00. Podstawowy błąd, bo niektóre food trucki, nie były jeszcze otwarte (można to zobaczyć na zdjęciach), poza tym ostre słońce sprawiło, że fotki wyglądają jak wyglądają. Ale w ostatnich czasach nie wymagam dużo od Lumika Papryfona – to wiekowy smartfon i wymaga szacunku :) Pomimo wczesnej godziny na rynku było mnóstwo ludzi, a każdy z otwartych wozów otaczał tłumek zainteresowanych (i zapewne głodnych) osób. Dzięki leżakom i poustawianym gdzieniegdzie „beczułkom” można było zjeść zamówione jedzenie pomiędzy budkami, jednak dużo wygodniej było na schodach i ławeczkach w drugiej części rynku (mniej osób, więcej miejsca i wygody). Charakteru imprezie dodawała fajna oprawa muzyczna.
Wieczorem w drodze na Mariacką (w wiadomym celu wypicia kilku pysznych szotów) mijałam rynek i o ile sytuacja z południa zrobiła na mnie wrażenie, o tyle ok. godziny 20:00 niemal do każdego wozu ciągnęły się szokujące kolejki. Znajomy siostry kilkanaście minut czekał na porcję belgijskich frytek. I chociaż brzmi to absurdalnie, to przecież hej – ich smak (zwłaszcza w towarzystwie majonezu) jest tego warty!



Opisując zalety i wady całej imprezy, przyznaję, tych pierwszych jest zdecydowanie więcej.
Jak dla mnie duży plus za sam pomysł i realizację, dobrze, że organizatorzy pomyśleli o załatwieniu leżaków, o oprawie muzycznej i o dodatkowych koszach na śmieci. Food Trucki ustawiono tak, że dostęp do każdego z wozów był w miarę wygodny (chociaż nie wiem, jak wyglądała sytuacja wieczorem, przy kilometrowych kolejkach). Ucieszyła mnie różnorodność jedzenia serwowanego przez food trucki – na katowickim rynku pojawiły się burgery, zapiekanki, tortille, wursty, tosty, owoce w czekoladzie, naleśniki oraz pyszna kawa. Trochę się obawiałam, że street food zostanie sprowadzony do piętnastu wozów z burgerami i jednostkami podającymi inne jedzenie, na szczęście organizatorzy dali okazję do zapoznania się z niemal każdym popularnym „street daniem”. Do syta najadł się każdy, nieważne, czy miał ochotę na obiad czy deser, coś mocno kalorycznego czy zdrowego. Spodziewałam się tylko trochę większej ilości wozów (było ich nieco ponad dwadzieścia). Z drugiej strony wolna przestrzeń na katowickim rynku jest teraz mocno ograniczona przez roboty budowlane.


A wady? W tej kwestii jest mi ciężko, bo każda impreza związana z gastro kradnie moje serce i ma z miejsca stuprocentowe poparcie i uwielbienie. A jeżeli taki gastro event dotyczy food trucków to łoeeesu... jaram się samą możliwością zobaczenia tylu wozów z pysznym jedzeniem naraz. Dlatego przepraszam, nie będę obiektywna. Wad nie było. No dobra, na pewno można było pomyśleć o większej ilości miejsc do siedzenia i stolików w obrębie food trucków, bo niektórych potraw nie sposób zjeść na stojąco bez ubrudzonej sosem twarzy i co najmniej jednej części garderoby. Mimo ograniczonej przestrzeni dobrze byłoby zaangażować w wydarzenie większą liczbę wozów, bo ogromne kolejki to najlepsza sugestia – istnieje duże zapotrzebowanie na tego typu imprezy.

I rzeczywiście pięknie by było, gdyby „Rynek smaków” na dobre zagościł na imprezowej mapie Katowic. Każde większe miasto potrzebuje takiej imprezy – w końcu street food w wersji slow to najnowszy i póki co, jeden z najmądrzejszych gastro trendów ostatnich lat. A myśląc egoistycznie: do Katowic mam całkiem blisko, więc mogłabym brać udział we wszystkich zlotach. W rodzinnej Częstochowie nie mam co liczyć na takie święto dla podniebienia. A szkoda, bo inicjatywa świetna. 




0 komentarze :

ARCHIWUM