Tasty lesson of social media.

1/08/2015 Angelika Dąbek 0 Comments



Uczta dla oczu i portale społecznościowe - w taki sposób mogę krótko opisać "Szefa" Jona Favreau. Urok tej niskobudżetowej produkcji, kino drogi, piękne zdjęcia Ameryki i jedzenie, ah, to jedzenie. Zgadzam się z recenzjami i komentarzami na temat filmu: nie oglądaj go, jeżeli jesteś na diecie. 

Piękna historia nakręcona na szkielecie, na którym opiera się spory procent filmów: bohater, który nie wie, co zrobić ze swoim życiem, upadek, zebranie się w sobie, ogromny sukces i happy end totalny. Typowe amerykańskie kino o spełnionych marzeniach. Carl jest szefem kuchni, którą w swojej recenzji zrównuje z ziemią blogerskie góru gastronomii Los Angeles. Bohater dość dosadnie komentuje tekst krytyka, robi to jednak publicznie na Twitterze, co czyni go osobą medialną. Zwolnienie z pracy i pyskówka z tym samym krytykiem na oczach klientów restauracji (nagrana i opublikowana na Youtube) jedynie dolewa oliwy do ognia. Carl pakuje komplet noży i jedzie do Miami, gdzie kupuje rozwalającego się food trucka i zaczyna sprzedawać kubańskie kanapki. 




 Favreau podaje nam ten mocno odgrzewany kotlet z taką ilością smaków i kolorów na talerzu, że faktycznie, widzimy go, czujemy jego smak, ale wybaczamy, bo inne składniki rekompensują dość oczywisty scenariusz. "Szefa" ogląda się wszystkimi zmysłami - producent chyba bardzo dobrze czuje się w tematach gastro, bo ujęcia gotowanych potraw i samego procesu gotowania są.... no, nie przesadzę, jeśli powiem, że ślinka cieknie. Oglądam, słyszę dialogi, ale dzięki niesamowitym zdjęciom również czuję i smakuję wszystkie potrawy. Co mi się w "Szefie podoba, to motyw wędrówki głównego bohatera ze swoim synem. Favreau, który zgarnia dla siebie tytułową rolę i jego filmowe dziecko tworzą razem świetny duet, w miarę pokonywania kolejnych kilometrów zacieśniając między sobą rodzinne więzi (a rzadko jestem pod wrażeniem dzieci na wielkim ekranie). To naturalnie sprawia, że przychylniej patrzy na niego jego była żona (w tej roli piękna Sofia Vergara).

"Szef" świetnie odnajduje się we współczesności. W końcu cała przygoda głównego bohatera zaczyna się od stworzenia konta na Twitterze. A że Carl na mediach społecznościowych zna się tak słabo, jak dobrze gotuje, dochodzi do małej katastrofy. Wysyła średnio uprzejmą wiadomość blogerowi nie wiedząc, że jego słowa przeczytają wszyscy followersi krytyka. "Szef" to krótka lekcja PR-u i korzystania z sieci, którą powinien zobaczyć każdy, nie tylko przedsiębiorca, również osoba prywatna. Pyskówka bohatera z blogerem zostaje nagrana i zamieszczona w sieci. Znacząca jest tutaj rozmowa Carla z agentką jego byłej żony. Mężczyzna chce, aby wideo zniknęło z sieci, na co kobieta wypowiada złote zdanie pr-u: co raz znajdzie się w sieci, już w niej zostaje. Warto zauważyć, że to nieznajomości i ignorancji wobec mediów społecznościowych bohater zawdzięcza swój upadek. Jednak paradoksalnie to one w dużym procencie odpowiadają za jego późniejszy sukces. Jadąc z Miami do Los Angeles food truckiem z kanapkami, syn Carla tworzy jego fan page na Facebooku, gdzie informuje o czasie i miejscu postoju, a więc otwarcia EJ Jefe. Chłopiec zostaje więc specjalistą social media food trucka swojego ojca i wychodzi mu to całkiem nieźle, o czym świadczą kolejki ludzi czekających na kanapki Carla. 




Favreau po stworzeniu takich gigantów jak "Iron man" tworzy "Szefa" - maleńki film, w którym gwiazdy takie jak Robert Downey Jr, Dustin Hoffman czy Scarlett Johansson grają epizodyczne role za niższe gaże z uprzejmości. Amerykański reżyser i producent nawet nie udaje, że jego dzieło ma miarą dorównywać blockbusterom takim jak ekranizacja marvelowskiego komiksu. I chyba właśnie dzięki szczerości, ciepłu i nonszalancji, jaką emanuje film,  "Szef" stał się na świecie hitem, zgarniając ogromne pieniądze.



Podejście Carla do internetu i technicznych nowinek fajnie uświadamia, że w  Polsce public relations i social media to wciąż rozwijająca się strefa. Faktycznie inaczej jest w dużych miastach - firmy ogłaszające zapotrzebowanie na specjalistów od wizerunku i agencje pr-owe oferujące swoje usługi to dość częste zjawisko. Częste w porównaniu do mniejszych miejscowości i miasteczek. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo zmieniły się zasady działania na rynku, jak zdobyć klienta i co najważniejsze, jakim językiem się komunikować, aby tego klienta utrzymać. Wielu ludzi wciąż myśli, że pod magicznym hasłem portale społecznościowe kryje się tylko i wyłącznie Facebook, co jest nieprawdą, bo w samej Polsce z sukcesem przyjął się Instagram (ostatni hit) Tumblr i Pinterest, a coraz więcej prywatnych użytkowników zakłada konta na Twitterze (wcześniej zarezerwowanym dla polityków, ludzi biznesu, gwiazd itd.) Jest wiele portali nieznanych na lokalnym rynku (na przykład piękna platforma Vine, której użytkownicy publikują filmy video ze swojego życia). Internet postawił zwykłego człowieka w równym szeregu z właścicielem firmy - zwykły człowiek jednym negatywnym komentarzem zamieszczonym w sieci może sprawić, że firma nie posiadająca wcześniejszego kredytu zaufania u klientów, straci je w ogóle. Co zatem robić? Istnieje kika prostych kroków, od których można zacząć:

- na początek warto zastanowić się, jakie nasz produkt/usługa przedstawia/propaguje wartości
- kim jest nasz typowy klient? (dzięki temu określimy grupę docelową, do której będziemy się zwracać np. w mediach społecznościowych. Innym językiem będziemy zachwalać nową kolekcję Sinsaya, a innym nowe kosmetyki dr. Ireny Eris). Dobrym sposobem na komunikację z klientem (chociaż czasochłonnym) jest prowadzenie bloga
- dzięki określeniu grupy docelowej będziemy także wiedzieć, na których portalach działać szczególnie intensywnie (Facebook to wciąż podstawa, ale np. Tumblr i Pinterest w głównej mierze dociera do młodych i aktywnych, a Twitter, LinkedIn lub Golden Line - do dojrzalszych ludzi, z sukcesem realizujących się w życiu zawodowym). 
- pisać posty/ zamieszczać zdjęcia w miarę regularnie (nie raz na tydzień, ale także nie co pięć minut)
- w razie kryzysu nie znikać, nie kłamać, nie utrudniać ludziom i mediom dostępu do informacji. W dzisiejszych czasach każdy dojdzie do jakiegoś źródła, które się w danej sprawie wypowie. Jeżeli jednak tym źródłem będzie konkurencyjna firma, albo były pracownik może się okazać, że przekazane do publicznej wiadomości informacje o problemie zostały wyolbrzymione i przekręcone do granic możliwości. I kto uwierzy naszym zaprzeczeniom, jeżeli wcześniej skłamaliśmy? Albo unikaliśmy wypowiedzi?

Powyższe zasady to właściwie ogólny zarys wyjściowy dla naprawdę dobrze i klarownie prowadzony PR. Polecam każdemu zapoznanie się z kilkoma książkami na ten temat (książka Barbary Rozwadowskiej, albo "Nasza marka", o której wspomniałam tutaj). Wiedza o tym, jak wykorzystać swoje mocne strony i jak odpowiednio się komunikować jest przydatna nie tylko wielkim koncernom oraz przedsiębiorstwom - powinni ją mieć wszyscy i korzystać z niej także w swoim codziennym życiu.


zdjęcia: IMDB, Pinterest

0 komentarze :

ARCHIWUM