Netherlands part.1

10/23/2014 Angelika Dąbek 0 Comments


























Rowery, tulipany, słodycze. Mieszkam w Holandii!

29 września pojawiłam się w Holandii. Nie, nie przyjechałam zwiedzać. Mam konkretny cel zarobienia pieniędzy na studia magisterskie. Chciałabym mieć kasę na czesne, a później szukać pracy w Polsce "na pozostałe wydatki". Przez katowicką agencję Euro Work trafiłam do Kaatscheuvel, ok. 40 kilometrów od Rotterdamu. Naturalnie, jak to bywa w pracy załatwianej przez agencję, połowa rzeczy okazała się niezgodna z prawdą (brak internetu, pralka poza domkiem i inne szczegóły znacząco wpływające na komfort mieszkania). Dwa lata temu pracowałam w Hiszpanii, więc niby mogłam się tego spodziewać. I poza dziurawymi ścianami i brakiem całkowitej organizacji czy pomocy ze strony agencji pracy rzeczywiście tak było. 

Nieważne. Po najtrudniejszych pierwszych tygodniach zaczęłam biegać, podniosłam poziom endorfin i spojrzałam na wszystko z trochę lepszej perspektywy. Zdążyłam też coś niecoś poobserwować i poznać tryb życia w zwykłym holenderskim miasteczku, jakim jest Waalwijk w Północnej Brabancji.





Holenderska architektura wszędzie wygląda tak samo. Każda wioska i miasteczko są bliźniaczo podobne - domki z identycznej cegły, z dużymi oknami, często pozbawionymi zasłon albo rolet. To podobno holenderski zwyczaj z dawnych czasów, kiedy w kraju szerzyło się kazirodztwo. Taki "otwarty" na ludzi dom oznacza po prostu "proszę bardzo, nie mamy nic wstydliwego do ukrycia". Takie witryny często pełne są kwiatków czy ładnych bibelotów. Każdy dom ma przed frontem maleńki ogródek, zadbany i wypielęgnowany, generalnie ulice są dużo bardziej zadbane i czyste niż w Polsce.
Sporym szokiem było dla mnie odkrycie, że kwiaciarnie wystawiające połowę swojego asortymentu na ulicy, lub kawiarnie i restauracje mające ogródki nie znikają nawet po zamknięciu. U nas w Polsce nie do pomyślenia byłoby pozostawienie stolików i krzeseł kawiarnianych na całą noc w obawie przed kradzieżą. Tutaj taki strach jest najwidoczniej nieznany. 
Ceny jedzenia są astronomiczne. Albo wróć: dla Polaka są astronomiczne. Mam dwa wyjścia - zrezygnować z pieczywa lub przyzwyczaić się do sześciu złotych za bochenek. Jest jeszcze trzecia, najlepsza opcja: przestać przeliczać ceny euro na złotówki. Mam nadzieję zarabiać tu przecież pieniądze, powinnam więc zacząć wydawać je tak jak to tutaj wygląda.

Holandia jest krajem rowerów. Część kraju, przez którą przejeżdżałam tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu, czy to w małym miasteczku, czy w dużym mieście: wszyscy poruszają się jednośladami. Pomocna jest w tym organizacja ruchu drogowego, inna niż w Polsce. W Holandii to rowerzysta ma pierwszeństwo (do czego jeszcze ciężko mi się przyzwyczaić). Nawet w najmniejszym miasteczku każda droga posiada wydzielone szerokie pobocza specjalnie dla rowerów. Specjalne stojaki znajdują się przed większością sklepów, chociaż wiele osób ignoruje zabezpieczanie swojego roweru przed kradzieżą. To już chyba taka mentalność.




Holendrów charakteryzuje poczucie humoru i sympatyczne nastawienie do życia. Polska przyzwyczaiła mnie do średnio przyjaznej obsługi w sklepach czy urzędach. Jak na razie tutaj nie spotkałam się z niczym podobnym. Nie dość, że na porządku dziennym jest tutaj znajomość angielskiego, to w dodatku każdy zagaduje, życzy miłego dnia. Niewiarygodne ;)




























Już od tygodnia w holenderskich marketach zaczął się świąteczny czas. :) Uwielbiam okres przed Bożym Narodzeniem nawet bardziej niż same święta... ale nawet jak dla mnie to trochę za wcześnie.




























 Milka w Holandii. W ogóle tutejsze słodycze zasługują na osobny wpis :)) 




0 komentarze :

ARCHIWUM